Tag Archives: #podroz #samolot #wakacje #pasazerowie #za #autyzm #lotnisko #lot #

dsc_0345      dsc_0310

Marzenia są po to, żeby je spełniać i chyba nikt nie ma wątpliwości, że warto to robić.
Kilka lat temu Oliver zobaczył w telewizji gejzer i powiedział, że chciałby zobaczyć go na żywo. Pózniej doszło zainteresowanie wielorybami. Każdy z nas marzył o zobaczeniu czegoś, co znajdowało się w Islandii: zorza polarna, wulkan, wodospad, wieloryby, gejzery, lodowa laguna.

img_1279

Wtedy pojawił się pomysł pojechania do tego niezwykłego miejsca. Niestety, wyjazd nie należy do najtańszych, dodatkowo 2 lata temu dzieci były jeszcze zbyt małe na wycieczkę tego typu. Odkładaliśmy, planowaliśmy i w końcu pojechaliśmy. Nie żałuję 🙂 miejsce magiczne, inne niż wszystkie, wyjątkowe.


img_1248
Wyjazd zaplanowany, omówiony, mapa w plecaku. Na miejscu, co jest oczywiste, wiele nieprzewidzianych sytuacji oraz mnóstwo emocji. Obaj chłopcy byli bardzo przeładowani ilością bodźców, ale zmęczenie też dawało nam się we znaki.

img_1194
Na szczęście atrakcje w postaci niesamowicie pięknych krajobrazów, koni, owiec i śniegu, zrekompensowały nam trudy wycieczki 🙂
dsc_0354

Zdecydowaliśmy się na wynajęcie auta i zwiedzenie wyspy zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Codziennie nocowaliśmy w innym miejscu, dzięki temu, zobaczyliśmy jakie tajemnice kryją w sobie różne zakątki Islandii. Wyjazd męczący, pogoda zmienna, niesamowity wiatr, ale krajobraz wynagradzał nam wszystkie niedogodności.
Mieliśmy dużo szczęścia, bo już w pierwszy wieczór, gdy pluskaliśmy się w gorących źródłach, na niebie pojawiła się zorza polarna.
dsc_0089

dsc_0081

Główna atrakcja wyjazdu, czyli wieloryby, nie odbyła się bez niespodziewanych komplikacji.... zakładaliśmy, że możemy nie zobaczyć wielorybów, bo to jest kwestia szczęścia, ale nie braliśmy pod uwagę, że zacznie wiać najgorszy z możliwych wiatrów i nie pozwolą nam wypłynąć na ocean.... oczywiście z naszym szczęściem tak się stało. Północny wiatr, mała łódź i dzieci poniżej 10. roku życia, to zdecydowanie najgorsze połączenie. Kapitan nie zgodził się na to, by nas zabrać. Wyobraźcie sobie Oliverka, który najbardziej czekał na tę część wycieczki.... serce nam pękło. Ogarnęliśmy się szybko, sprawdziliśmy numery telefonów do innych przewoźników w północnej części kraju. Znaleźliśmy przewoźnika, który posiadał większą łódź z możliwością schronienia się w zamkniętym pomieszczeniu! Zobaczyliśmy mnóstwo wielorybów, w dodatku humbaki, ulubione 🙂 także opłacało nam się cofać 90km... szkoda tylko, że dopadła mnie choroba morska, całe popołudnie miałam dość ciężkie 😉 dodatkowo, obydwa telefony odmówiły posłuszeństwa i nie zdążyliśmy nagrać humbaków, niska temperatura sprawiła, że telefony "padły".  Na szczęście wszystkie wspomnienia zostają z nami na zawsze, delektowalismy się tym, co udało nam się zbaczyć.
dsc_0068

Wszystkie nasze marzenia się spełniły, wróciliśmy wykończeni, ale przeszczęśliwi. Zdjęcia i filmy nie oddają uroku Islandii.

dsc_0291

Wyjazd zdecydowanie dla aktywnych, więc jeśli wolisz leniuchować, to nie wybieraj się do Islandii.

dsc_0380

dsc_0319

Będziesz mieć ochotę na zatrzymywanie się co kilka metrów 🙂 będziesz mieć wyrzuty sumienia, że nie jesteś w stanie wszystkiego zobaczyć. Będziesz również wdzięczny za to, że jesteś w tak cudownym miejscu, docenisz moc natury,

dsc_0289    dsc_0246 dsc_0164

dsc_0154 img_1458

dsc_0266 dsc_0282 dsc_0323 dsc_0360 dsc_0265 dsc_0376

ps. Jeśli zastanawiasz się, czy hot dogi rzeczywiście są takie pyszne, to mogę śmiało napisać, że do naszych polskich się nie umywają 😉 i niestety nie spotkaliśmy żadnego Elfa 😉

A właściwie to jadłam maliny, śliwki, arbuzy, pomidory, ogórki, lody i gofry ( tak w skrócie), ale nie będę przecież Wam wypisywać mojego wakacyjnego menu, chociaż uwielbiam jeść, a smakołyki sezonowe są dla mnie ogromnym rarytasem. Do tego POLSKIE.
Ognisko

image

image

image

image

image

image

image
Ale wracając do tematu: Wakacje minęły jak z bicza trzasnął, a były one bardzo aktywne, pełne przygód, nowości i atrakcji. Na samym początku Oli miał dylemat: mamo, nie wiem czy pójdę na studia farmerskie, czy policyjne. Pod koniec wakacji stwierdził: podjąłem decyzję, pójdę na studia farmerskie :))) moje dziecko było w raju: przyroda, zwierzęta, woda, piasek. Oliver miał możliwość "pracować" na gospodarstwie, jeździł traktorem, karmił świnki, zbierał jajka w kurniku, przynosił marchew i pomidory prosto z pola, łowił ryby, jeździł konno! Mnóstwo atrakcji. Ale wiecie, co jest w tym wszystkim najpiękniejsze? Że on był zachwycony. Mimo zmian, nieprzewidywalnych sytuacji, nowego otoczenia, Oli był bardzo szczęśliwy. I to mnie cieszy najbardziej. Poznał kilka nowych psów, chodził z nimi na spacery. Był nad stawem, jeziorem, zatoką i morzem. Przebywanie na świeżym powietrzu zawsze było dla niego relaksujące, dlatego aktywne wakacje na świeżym powietrzu, były dla niego spełnieniem marzeń.
Nie chcę skupiać się nad gorszymi momentami, bo takie też oczywiście były, ale chcę podkreślić, że jestem niesamowicie dumna z tego, że mój syn dorasta i umie radzić sobie z przytłaczającymi sytuacjami, przeładowaniem. Jest lepiej, zdecydowanie lepiej 🙂
Teraz przygotowujemy się do następnego wyjazdu, do spełnienia marzeń naszych dzieci, naszych również.
W poniedziałek powrót do szkoły, trzymajcie kciuki! Trzecia klaso- przybywamy!
Edit: zapomniałam napisać, że Oliver oświadczył nam, że za 2 lata nauczy się pływać na kitesurfingu 🙂

2 komentarze

image
Niedawno podróżowałam sama, pierwszy raz od prawie siedmiu lat, dlatego miałam sposobność skupienia się na innych sprawach niż bieganie za dziećmi i pilnowaniu czy się nie zgubią. Jednak, niestety, temat najbliższy memu sercu, nie ominął mnie rownież tym razem.
Gdy tylko zobaczyłam go, gdy wszedł do hali odlotów, gdy usłyszałam, w jaki sposób mówi, wiedziałam. Każdy, kto ma styczność z autyzmem jest w stanie to zauważyć. Nie wiedziałam tylko, czy chłopiec ma autyzm czy Zespół Aspergera.
Podróż dla każdego jest mecząca. Okres oczekiwania na odlot jest męczący dla dorosłych, a każdy rodzic wie, jaki moze to byc koszmar, gdy podróżuje się z dziećmi, szczególnie małymi. Dodatkowo, wylot w nocy nie ułatwia sprawy. I tak, siedziałam sobie, czekałam na samolot, który miał opóznienie o 30 minut, gdy chłopiec, którego zauważyłam wsród tłumu, zaczął powoli tracić cierpliwość. Powoli,stopniowo, niecierpliwił się i kwestia wybuchu była nieunikniona. Widziałam, jak narasta w nim frustracja, bo on "chciał już lecieć do Polski, do babci". Kolejka, zniecierpliwienie i w pewnym momencie bum. Jasiek zaczął krzyczeć, bić mamę, płakać, biegać, kopać itd. Mama Jaśka miała kogoś do pomocy, chyba koleżankę. Odniosłam wrażenie, że nie wiedzą co zrobić. Zaczęły się szepty, nie dziwię się, bo był konkretny armagedon, ale po szeptach zaczęły się komentarze. I wiecie co? Czułam jej ból, niemoc, wsciekłość, wstyd oraz zmęczenie. Widziałam, że czuje się zawstydzona, czuła te spojrzenia, słyszała komentarze.
Podeszłam, zapytałam czy mogę jakoś pomóc, szepnęłam, że ją rozumiem, bo często jestem w podobnej sytuacji. Chciałam zasugerować jakieś rozwiazanie, ale stwierdziłam, że chyba nie jest to na miejscu. Chociaż odniosłam wrażenie, że ona nie wiedziała, co zrobić, jak go wyciszyć.
Ale wiecie co mnie najbardziej zdenerwowało? Gdy weszliśmy do samolotu, siedziałam przy dwóch "paniusiach", które z pogardą odnosiły się do wszystkich dzieci, ale najbardziej do "rozwrzeszczanego bachora". Komentowały wszystko pod nosem, bo to była ich "najgorsza podróż". "dlaczego muszą tak cierpieć?". Gdy dziecko ok.4 letnie kopnęli w fotel, to mruczący pod nosem "co robisz!", "uspokój się". I wiecie co? Miałam ochotę chwycić je za kudły i uderzyć tymi pustymi głowami o zagłówek fotela, ale stwierdziłam, że one są takimi ignorantkami, że cokolwiek im powiem to i tak nic do nich nie dotrze.
Bo, oprócz ignorancji i chamstwa, były to osoby z alergią na dzieci, miałam wrażenie, ze rownież na innych ludzi. One nie mają pojęcia, co oznacza podróż z dzieckiem, wiedzą tylko jak krytykować innych. Poczułam się bezsilna, wściekła, bo ja jestem jedną z tych matek, które były i będą w podobnej sytuacji. Oceniane przez zadufane w sobie lalunie, które nie mają pojecia, jak wygląda życie z dzieckiem, a tym bardziej z chorym dzieckiem. I słuchanie tego typu komentarzy, było dla mnie bardzo bolesne. Słuchanie z jaką pogardą ktoś może wyrażać się o moim dziecku, oceniać je i mnie, było bardzo przykrym doświadczeniem.
Ale najbardziej byłam zła na siebie, bo co mogłam zrobić? Wiem, ze jakakolwiek relacja z mojej strony nie zmieniałaby tych kobiet. I to mnie najbardziej zdenerwowało. Czy stchórzyłam? Nie wiem. Jestem jak lwica i za moje dzieci oddałbym zycie, ale wtedy przemilczałam sytuację. Bolał mnie brzuch, trzęsły mi się ręce, ale nic nie powiedziałam. I chyba to mnie najbardziej denerwuje. Czuję ogromny niesmak. Ale nie wiem, jak zachowałabym się ponownie. Nie wiem...